RSS
czwartek, 10 czerwca 2010
Dźwięki harfy i rozmyte kontury

Latem 1990 roku świat składał się jedynie z barw podstawowych, w kuchni pachniało kokosanką i gorącym mlekiem, sąsiad mył szyby denaturatem, pani od muzyki uczyła rysować klucz wiolinowy, we Włoszech trwał piłkarski mundial, jeszcze nie wiedziałem że już zawsze będę nieszczęśliwy. Rok dziewięćdziesiąty był ostatnim rokiem mojego dzieciństwa, ostatnim rokiem "przed naszą erą", rokiem zero, rokiem dzielącym starożytność od nowożytności, rokiem secesji i rokiem komunii, rokiem paradoksalnym.

Nie miałem jeszcze siedmiu lat (jak mówił Gajew w Wiśniowym sadzie: "jestem człowiekiem lat osiemdziesiątych zeszłego wieku"), nie miałem jeszcze żadnych wspomnień, nie miałem zdania na temat zrównania wieku emerytalnego. Wszystko było na swoim miejscu: gołębie w gołębniku, mydło w mydelniczce, gwiazdy wisiały wysoko na stalowych linach, jeż niósł jabłko na grzbiecie, Bóg istniał albo nie istniał, nie kłóćmy się o słowa.

Spacerowałem więc z tatą po promenadzie, miasto było białe i lekkie, na trawniku rosły kwiaty które niesłusznie nazywałem mleczami, niebo namalowane było kredkami świecowymi, chciałem zostać piłkarzem. Z wysokości metra nad poziomem morza przyglądałem się morzu. Fale przychodziły i odchodziły punktualnie.

Szliśmy a tata opowiadał o wojennej Gdyni: o dębie na Portowej i okopach na dawnej Adolf Hitler Straße:

gotenhafen.pl

(Żołnierze na powyższym zdjęciu nie wiedzą jeszcze, że za 50 lat pewien uczeń szkoły powszechnej na kartkówce z historii nie będzie znał nazwy wojny w której zginęli.)

Mijaliśmy bibliotekę (z trudem przyjmuję do wiadomości, że istniały wtedy biblioteki; literatura jest przecież śmiercią, a śmierci w dziewięćdziesiątym roku jeszcze nie było), mijaliśmy magiel, w powietrzu unosił się klasyczny zapach szarego mydła Biały Jeleń, na skwerze Plymouth owocowała wesoło śnieguliczka biała. Byłem siedmioletnim chłopcem o jasnym sercu zakochanym w siedmioletniej dziewczynce o długim i zagranicznym imieniu (graliśmy w państwa i miasta, a ona pisała "Zurych" przez "C"). Boże, ile rzeczy! Potem wróciliśmy serpentynami do domu, otworzyliśmy telewizor i tutaj też wszystko było jak należy: zaczynał się mecz, a ciśnienie powietrza w piłce wynosiło od 0,8 do 1,1 atmosfery.

Z czułością wspominam swoje pierwsze w życiu mundialowe spotkanie: na ekranie Neptuna 505 grały ze sobą Kamerun i Kolumbia, moja fotograficzna pamięć odwzorowuje te obrazy w stosunku 1:1, na stadionie w Neapolu również był remis.

Ach, roku dziewięćdziesiąty... Valderrama, Omam-Biyik, Higuita, Milla - komu nie mówią nic te słowa, tego ja nie kocham.

Pozwólcie, że zacytuję Pilcha cytującego Herberta: Zbigniew Herbert w późnym i dziwnym wierszu „Dalida” opiewającym dawne, a może całkiem niedawne piosenki i zwłaszcza piosenkarki, powiada, iż Pan Cogito „dzięki nim odgaduje bezbłędnie daty swego życia”. W moim świadomym życiu zaznałem już pięciu mundiali:

1990

1994

1998

2002

2006

Pięć mundiali, prawie pół roku z mojego prawie 27-letniego życia! I znowu Pilch: Prawdziwy kibic „bezbłędnie odgaduje daty swego życia” dzięki wielkim meczom i wielkim turniejom. Więcej – on dzięki wielkim meczom i wielkim turniejom orientuje się zarówno w historii powszechnej jak i w historii własnej intymności.

W arcydzielnym niczym drybling Georga Besta wierszu pt. Dnia 16 maja 1973 roku Szymborska pisze: Jedna z tych wielu dat, / które nie mówią mi już nic. / Dokąd w tym dniu chodziłam / co robiłam - nie wiem. Otóż, Wisławo, odpowiedzią oczywiście jest futbol: 16 maja 1973 roku zapewne oglądałaś z Kornelem towarzyski mecz Polski z Irlandią. Spotkanie odbyło się we Wrocławiu, gospodarze wygrali 2:0, you're welcome.

Na koniec, w wigilię mojego szóstego mundialu, pozwolę sobie scharakteryzować krótko wszystkich finalistów. Uwaga, start!

Paragwaj jest nudny, Słowacja jest brzydka, Honduras jest nudny i brzydki. Meksyk jest miłością. Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna jest niedemokratyczna, Szwajcaria jest szwajcarska, Urugwaj był szwajcarski, Ameryka nie istnieje, Australia jest amerykańska więc również nie istnieje, Francja niestety istnieje. Grecja jest dowodem istnienia Szatana, Hiszpania jest dowodem istnienia Boga, Niemcy są dowodem nieistnienia Boga. RPA jest wuwuzelą. Dania jest mądra i brzydka. Anglia jest fizyczna, Brazylia jest metafizyczna. Kamerun jest atletyczny, Korea Południowa jest lekkoatletyczna. Serbia jest infinitywna (serbskie nazwiska brzmią jak czasowniki w bezokoliczniku), Argentyna jest ciastem, które jeszcze nie stało się plackiem, Włochy niech spierdalają, Słowenia jest irrelewantna, Japonia jest kobieca, Portugalia w tym sezonie jest fatalna i jeżeli awansuje do jednej ósmej finału odgryzę sobie jedną ósmą języka. Nigeria jest efektowna jak kino Nollywoodu. Chile na globusie jest państwem długim jak igła i wąskim jak ucho igielne. O Wybrzeżu Kości Słoniowej napisałem raz wiersz pt. Abidżańska księżniczka w wieżowcu z kości słoniowej. Na fladze Algierii księżyc jest w ostatniej fazie, ale Algieria odpadnie już w fazie pierwszej. Ghana jest niepojęta, o Nowej Zelandii nie wiem nic, Holandia będzie mistrzem świata.

Jak mówi Pismo: Tutaj niech będzie koniec.

sobota, 10 kwietnia 2010
"Identyfikacja" (Wisława Szymborska)

Dobrze, że przyszłaś – mówi.
Słyszałaś, że we czwartek rozbił się samolot?
No więc właśnie w tej sprawie
przyjechali po mnie.
Podobno był na liście pasażerów.
No i co z tego, może się rozmyślił.
Dali mi jakiś proszek, żebym nie upadła.
Potem mi pokazali kogoś, nie wiem kogo.
Cały czarny, spalony oprócz jednej ręki.
Strzępek koszuli, zegarek, obrączka.
Wpadłam w gniew, bo to na pewno nie on.
Nie zrobiłby mi tego, żeby tak wyglądać.
A takich koszul pełno jest po sklepach.
A ten zegarek to zwykły zegarek.
A te nasze imiona na jego obrączce
to są imiona bardzo pospolite.
Dobrze, że przyszłaś. Usiądź tu koło mnie.
On rzeczywiście miał wrócić we czwartek.
Ale ile tych czwartków mamy jeszcze w roku.
Zaraz nastawię czajnik na herbatę.
Umyję głowę, a potem, co potem,
spróbuję wyspać się z tego wszystkiego.
Dobrze, że przyszłaś, bo tam było zimno,
a on tylko w tym takim gumowym śpiworze,
on, to znaczy ten tamten nieszczęśliwy człowiek.
Zaraz nastawię czwartek, umyję herbatę,
bo te nasze imiona przecież pospolite –

sobota, 20 marca 2010
Pnp 2, 11

Pnp 2, 11

środa, 30 grudnia 2009
Am 5, 23*

*

środa, 04 listopada 2009
Apateizm jako najwyższa forma wiary

Moja wiara w Boga jest nudna jak architektura Oslo. Jest w niej (we wierze, nie architekturze) pewien "teoindyferentyzm": wierzę, że istnieje Bóg podobnie jak wierzę, że istnieje moje serce. Być może z tego powodu nie mam żadnych tzw. uczuć religijnych, które można by zranić (jedynym moim uczuciem religijnym jest miłość do Boga, a tej obrazić niepodobna - spróbujcie rzucić skórkę banana pod gąsienicę czołgu).

Ponieważ kośćcem mojej religijności jest apokatastaza uważam wszelką ewangelizację za zbędną. Bóg istnieje, a więc niewiara w Boga jest nieistotna. Jak mówił Arystoteles w swoim testamencie: "Wszystko będzie dobrze". Innymi słowami: wiara w powszechność zbawienia (wyjątkiem będzie jedynie William Henshall, gitarzysta Londonbeat) jest przyczyną mojego kwietyzmu i apatii wobec wszelkiego nawracania.

Nie mówię, że potrzeba "nawracania" bierze się z wątpliwości albo wręcz niewiary w Boga. Nie mówię, że katolicki publicysta tytułujący swój blog "Contra gentiles" ma złe intencje. Nie pytam dlaczego zamiast czytać np. Listy do Koryntian pisze on bezustannie kolejne Listy do Michnikian, w których poleca kogo należy ekskomunikować. Nie zarzucam Prawdziwym Polakom-Katolikom, że upijają się Bogiem na smutno, że ich wiara nie ma poczucia humoru, a oni sami głoszą dobrą nowinę z finezją kowala walącego młotem w żelazo. Nie będę im przecież tłumaczył, że całą ich "ewangelizację", która zwykle bywa niesieniem rozpaczy, można o kant Biblii potłuc. Nie każę im naśladować świętego Pawła, który pisze, że (1 Tm 1, 15) "Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy". Nie będę wspominał słów Jezusa, który mówi (J 12, 47) "A jeżeli ktoś posłyszy słowa moje, ale ich nie zachowa, to Ja go nie sądzę. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat sądzić, ale aby świat zbawić". Nie zacytuję im również Księgi Liczb (Lb 23, 8): "Jakże ja mogę przeklinać, kogo Bóg nie przeklina? Jak mogę złorzeczyć, komu nie złorzeczy Pan?". Nie będę robił tego wszystkiego ponieważ Prawdziwy Polak-Katolik wie lepiej niż Paweł, Jezus i Mojżesz razem wzięci.

Wierzę w Boga, który jest miłością, a więc nazywam nieludzkim okrucieństwem przedstawianie Go jako kaprala nakazującego potępionym wyfroterować podłogę wszechświata szczoteczką do zębów.

Jedną z najbardziej przejmujących scen z Pisma Świętego jest ten fragment Ewangelii wg św. Mateusza (Mt 27, 3-4): "Wtedy Judasz, który Go wydał, widząc, że Go skazano, opamiętał się, zwrócił trzydzieści srebrników arcykapłanom i starszym i rzekł: *Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną*. Lecz oni odparli: *Co nas to obchodzi? To twoja sprawa*". Jeżeli już, ewangelizatorze, odczuwasz konieczną potrzebę "nawracania" "pogan" spróbuj chociaż aby Twoja empatia dorównywała Twojej gorliwości. Jest to rzecz wymagająca najwyższej odpowiedzialności i - przede wszystkim - miłości do człowieka, a nie polemicznej szajby i strzelaniny (w jednej ręce  święty krucyfiks, w drugiej karabin z magazynkiem talerzowym). Jak mówi Pismo: "Wszystkie wasze sprawy niech się dokonują w miłości!" (1 Kor 16, 14).

"Nie wierzysz? Pierdnę i leżysz" - oto mój ideał ewangelizacji. "YHVH & YHBT" - oto moje credo.

wtorek, 06 października 2009
Ez 33, 32

Ez 33, 32

czwartek, 10 września 2009
J 11, 35

J 11, 35

poniedziałek, 17 sierpnia 2009
1 Kor 9, 24

9.58!

poniedziałek, 29 czerwca 2009
Jr 13, 23

Jr 13, 23

sobota, 02 maja 2009
Rozpacz Gustavo de Oliveiry

Leżałem na najpiękniejszej plaży południowego Bałtyku, piasek miał kolor Twoich włosów. Było mi bardzo dobrze: pszczoły krążyły nad kwiatem nasturcji, a kolibry nad kwiatem kaprifolium.

Otworzyłem Encyklopedię Piłkarską Fuji (tom jedenasty, strona sto siedemdziesiąta):

Kolumbisjki laureat literackiej nagrody Nobla, Gabriel Garcia Marquez, pisał, że "futbol to więcej niż miłość, życie i śmierć, bo futbol to wszystko". Czy znaczy to, że śmierć jego rodaka, któremu zdarzyło się trafić piłką do własnej bramki, może być usprawiedliwiona?! Andres Escobar miał ledwie 27 lat i był futbolistą. Pokazał się światu na Mondiale'90 jako reprezentant Kolumbii i szwajcarskich Young Boys, potem w roli olimpijczyka w Barcelonie. Wrócił do narodowej drużyny, aby wśród kibiców znaleźć zabójców. Za błąd, który trwał ułamek sekundy, niczym błysk słońca na wspaniałym Rose Bowl w Pasadenie, dziesięć dni później trafiono go nocą kulami z rewolweru, krzycząc "goool, goool, goool"!!! Co znaczy "wszystko"?

Autorką tego pięknego i przejmującego nekrologu/trenu/epitafium jest Bożena Szmel. Nadal nieodmiennie zachwyca mnie jej polemiczne wobec Marqueza końcowe pytanie. Zachwyca mnie choć jest niemądre.

Fraza Marqueza została bowiem napisana dla piękna, nie należy brać jej poważnie. Futbol nie waży więcej niż śmierć. Piłka nożna nie jest wszystkim. To coś znacznie większego. "Some people think football is a matter of life and death. I assure you, it's much more serious than that".

Jak mówi Pismo: A kiedy zły duch zesłany przez Boga napadał na Esse, brał Dawid piłkę i grał. Wtedy Esse doznawał ulgi, czuł się lepiej, a zły duch odstępował od niego. (1 Sm 16, 23)

Owszem, futbol bywa motorem zabójstw i samobójstw ale przecież wszystko co istotne (ból, miłość, samotność, Bóg, twoja stara) bywa motorem zabójstw i samobójstw. Zabójstwo, którego powodem jest piłka nożna, nie świadczy przeciwko piłce nożnej - świadczy przeciwko zabójcy. Samóbójstwo, którego przyczyną jest futbol, nie świadczy o winie futbolu - świadczy o jego istotności.

Tak. Futbol jest siłą śmiercionośną ale jest również siłą życiodajną. Ile samobójstw piłka nożna udaremniła albo przynajmniej odłożyła w czasie? Ile samobójstw zostało przełożonych dzięki odwiecznemu pytaniu: ciekawe kto dzisiaj wygra?

Wyobraźmy sobie Lizbonę lat sześćdziesiątych. Gustavo de Oliveira (l. 25) budzi się jak zwykle o szóstej trzydzieści i postanawia, że dzisiaj nie pójdzie do pracy tylko się zabije. Uspokojony tą myślą zasypia. Jest drugi maja 1962 roku, Gustavo de Oliveira budzi się tego dnia już po raz drugi, sen nie osłabił jego postanowienia. Gustavo je jajecznicę i pyta samego siebie: Dlaczego właściwie miałbym nie strzelić sobie w głowę z rewolweru? Nie znajduje odpowiedzi na tak postawione pytanie więc postanawia, że strzeli sobie w głowę z rewolweru. Dlaczego właściwie miałbym się dzisiaj ogolić? Dlaczego miałbym odebrać telefon? Zmienić pościel? Dlaczego właściwie miałbym nie pójść na spacer do kawiarni aby obejrzeć mecz? Owszem, dzisiaj się zastrzelę ale najpierw pójdę do kawiarni A Brasileira na mecz Benfiki Lizbona i Realu Madryt. Głupio byłoby umrzeć nie znając wyniku. Gustavo de Oliveira wychodzi z domu nie zamykając drzwi (Dlaczego właściwie miałbym zamykać drzwi?), mija stację metra Baixa-Chiado (która jeszcze nie istnieje ponieważ zostanie otwarta dopiero 36 lat później), spaceruje ulicą Almeidy Garretta, a następnie wchodzi do Brasileiry i zamawia złotą lavazzę bez cukru.

Po dwudziestu trzech minutach meczu Gustavo de Oliveira pragnie umrzeć jeszcze bardziej niż ranem: pewien gruby węgierski napastnik Realu Madryt sprawia, że Benfica Lizbona przegrywa 0:2. Jak dalej żyć? Jak żyć skoro Benfica przegrywa zero do dwóch? Nie ma odpowiedzi na tak postawione pytanie. Rozpacz Gustavo de Oliveiry jest czarna jak jego jednodniowy zarost. Dlaczego właściwie miałbym się dzisiaj ogolić?

Później jednak dzieją się rzeczy niepojęte. Oto bowiem środkowy atakujący Benfiki, Eusebio da Silva Ferreira, zadaje sobie inne niespodziewane pytanie: dlaczego właściwie miałbym nie strzelić dzisiaj dwóch goli Realowi Madryt? Nie znajduje odpowiedzi na tak postawione pytanie więc postanawia, że strzeli dzisiaj dwa gole Realowi Madryt i tak też czyni. Podobne pytania zadają sobie również jego koledzy: Jose Pinto Carvalho dos Santos, Domiciano Barrocal Gomes, a także Mario Esteves Coluna. Benfica zwycięża 5:3.

"Jeszcze pół roku, a może jeszcze tydzień temu pływałem głęboko pod lodem w zamarzniętym stawie, woda gęstniała od śnieżnego igliwia, nad moją stygnącą głową sciśle do siebie przylegały kry. Nie było odrobiny światła. Byłem zamarzającym na kość kościotrupem i byłem rozczarowany stereotypową fabułą własnej agonii, wszystko szło tak, jak tysiąc razy o tym czytałem: przymknąłem zamarzające powieki i zaczęło mi się przypominać całe moje zmarnowane życie, dobry traf chciał jednak, że na początek przypomniała mi się piłka nożna i przypomniały mi się wszystkie bramki strzelone w dzieciństwie, i ujrzałem żółtą węgierską futbolówkę, jak wpada po moim uderzeniu do bramki na stadionie Startu w Wiśle, i do wszystkich bramek prowizorycznie wytyczonych na krakowskich Błoniach, i przypomniała mi się bramka strzelona głową na łące pod schroniskiem na Markowych Szczawinach, i przypomniały mi się bramki strzelone w sali gimnastycznej na Powązkach. Przypomniały mi się wszystkie moje piłkarskie sny, koszmary, majaczenia i już we śnie przedśmiertnym uginałem bezwiednie prawą nogę, tak jakbym chciał ostatni raz skierować widmową piłkę do widmowej bramki, i pięta moja dotknęła zamarzniętej bocznej linii ostatniego kręgu, odbiłem się, tak jest, jakkolwiek to brzmi, a brzmi to kiepsko: odbiłem się. Powtarzam jednak - byłem rozczarowany fabułą agonii, a fabuła ocalenia nie okazywała sie lepsza, też była niewyszukana jak powieść dla kucharek.
Dotknąłem stopą bocznej linii, odbiłem się i wpierw wolno, a potem coraz prędzej wstępowałem w górę i po niedługiej chwili: wiedziałem. Wiedziałem, że przebiję najciemniejsze warstwy, że o własnych siłach przejdę przez zamarzniete kry. I przepłynąłem, i przeszedłem, i jestem" (Jerzy Pilch, Pod mocnym aniołem).

Gustavo de Oliveira jest pijany i śpiący więc postanawia przełożyć wszystko na jutro. Co znaczy "wszystko"?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5